Strudzona codziennością, pustką i ucieczką chwil
patrzę w lustro i zamieram w fantazji,
W odbiciu źrenic widzę swoją ucieczkę od dni,
przez równiny ogrzana złotem promieni.
Na skraju wzgórza stanęłam z otwartymi ramionami
łapiąc wiatr i wsłuchując się w muzykę lasu.
Tą wolność ma dusza łapała dziko garściami.
nie istniał już dla mnie zegar rzeczywistego czasu.
W oddali dudniły bębny i modły kapłanów,
znosili u stóp bożków, wspomnień ofiary.
To krzyki i jęki pełne goryczy i bólu,
ginęły w marnych płomieniach ołtarzy.